jak byłem młody to rap był elitarną muzyką. Wybierałeś to bo to kochałeś. Nie było ani jednej reklamy, ani jednego motywu rapowego w TV, żadnej inspiracji tą muzyką gdziekolwiek poza ulicą.
Miałem starszych kumpli którzy mieli kasety z RAPem... W tamtych czasach piraci napierdalający podróbki z zachodu ciulali wszystko, więc jak sie miało szczęście to za kilka tysięcy dało sie kupić jakiś dobry album. Płyt CD nie było bo nikt nie miał odtwarzacza. I tak poznawałem Public Enemy, Run DMC, ICE Cube, Ice-T, Lords of the Underground, Del da funkee homosapiens, Cypress Hill, Onyx, House of Pain... Patrzałem na okładki tych kaset. Chciałem wyglądać jak te czarnuchy co tam siedzą. W kościele gadałem z kumplem o Naughty by Nature zamiast sie modlić. Traktowaliśmy rap jako coś więcej niż muzykę. Rap w tych czsach dawał nam luz, szpan i dobrą zabawę. Chwilę potem nastały czasy anten satelitarnych i YO!MTV Rap's. Jeden co miał satelite i magnetovid nagrywał a reszta stawała na głowie żeby to zobaczyć. Teledyski... NAS, Redman, Lords of the new school, Mc Lyte, N.W.A., Capital Tax. W przerwie reklama nowych BK'ów i Pionier MegaChanger'a. Było o czym gadać, co naśladować i o czym marzyć. Potem pierwsze filmy w polskiej TV House Party, Beat Street, Do the Right Thing, koncert Ice-T na molo, pierwsze polskie kasety. Ciężko było kiedyś o rap, ale biegało sie za tym i ceniło się to co się zdobyło.
Dzisiaj mamy internet który jest błogosławieństwem bo moge puścić sobie klip DAS EFX kiedy zechcę a potem obejrzeć trzy klipy E.P.M.D. i ściągnąć "Wild Style" a na końcu napisać coś na forum - jak teraz. Pomimo takiej dostępności do wszystkiego - ludzi którzy czają rap jest mnijw. tyle samo co w '95. W tamtych czasach na rapoteke przyszło by od huja ludzi i bawili by sie na max. Dziś nie ma rapotek bo nikt by nie przyszedł. Na imprezach lecą jakieś rapo-popowe hybrydy do których pląsają dzieci odjebane w salonach mody z supermarketu które z czasami hip-hop'u łączy 5 wyświechtanych kawałków, granych przez wieśniackich "DJs", które znają. (hip hop horray, california love, jump arround, snopdoggy doog world i boom shake the room).
I to jest dziś ta wielka "kultura" hip-hop. Huj a nie hip-hop - taka prawda. Te cipuszki, "fani hip-hop'u" to albo bogate dzieci które chcą być "gangsta" bo myślą że bycie "gangsta" to nowe spodnie, buty za 700pln, piątka bakania w kabzi i słuchanie rap'u albo te co drą ryje że im ciężko, że z bloków i, że oni są prawdziwi - patologia pierdolona.
Na końcu są ci, którzy interesują się kulturą, są w nią świadomie zaangażowani, znają jej historię, tłumaczą sobie texty raperów, słuchają nowych niebanalnych albumów, wygrzebują i szukają wciąż "nowych" oldskuli, malują grafitti, tańczą breka, mają gramofon - w końcu sami coś prubują stworzyć - to są fani hip-hop'u.
Zdecydowana większość ludzi która deklaruje że są hip-hop'owcami to gówno, ich muzyka to gówno, ich życie to gówno i gówno mają do powiedzenia. A w dodatku niektórzy nie znają nic poza gównem. Co gorsza - sami próbują to gówno naśladować. A gówno króre naśladuje gówno to supergówno.
Różnica między fanem hip-hop'u sprzed lat a tym dziś jest taka, że ten stary poszedł by sie napierdalać za to żeby zorganizować impre na której może sobie posłuchać Ice-T a ten dzisiejszy jak by na imprezie usłyszał Ice-T to by spierdolił do domu.

